Matka w Polsce to obywatelka drugiej kategorii. A jak jest w innych krajach?

Jako matka, która podróżuje z dzieckiem po świecie, po każdej podróży odczuwam coraz większą frustrację i dyskomfort wynikające z polskiego nastawienia mam. 

Dlaczego tak? Ano dlatego, że mam wrażenie, że w Polsce matka z dzieckiem to wróg publiczny numer jeden. Cokolwiek nie zrobi, i tak zostanie oskarżona o roszczeniowość i złe intencje.


Ja nigdy nie byłam i raczej nie będę ani matką roszczeniową, ani pełną złych intencji.  Straszliwie więc wkurza mnie fakt, że w Polsce jestem traktowana jak obywatelka drugiej kategorii. Przeraża i smuci mnie to całe krytykowanie matek ze wszystkich stron i bombardowanie hejtem, zarówno w internecie, jak i realnym świecie.

Niech matki siedzą w domu!

Niech matki idą do pracy i nie żerują na państwie!

Niech matki nie żądają przepuszczania przy kasie z pierwszeństwem!

Niech matki nie łażą z dziećmi po restauracjach!

Niech matki nie pchają się z wózkami do środków transportu publicznego!

Niech matki nie karmią piersią, bo ‘normalni ludzie’ sobie nie życzą oglądać tych napęczniałych mlekiem cycków!

Niech matki najlepiej to nigdzie z dziećmi nie chodzą, bo te bachory mi przeszkadzają!

Można oszaleć od tych nakazów, zakazów, wykluczających się rad i komentarzy co te matki właściwie powinny ze sobą zrobić!!

Chcesz normalnie, w spokoju wychować dziecko bez tej całej otoczki? Nie ma opcji! Możesz przyswoić ten niepisany kodeks dotyczący matek i ślepo przestrzegać zasad, a i tak zaraz się ktoś do Ciebie przyczepi z pretensjami, że “czegoś sobie nie życzy” albo “coś mu nie pasuje”.

My matki jesteśmy traktowane conajmniej tak, jakbyśmy wszystkie bez wyjątku były roszczeniowymi kurami, kradnącymi pieniądze ludzi, którzy “ciężko harują i płacą podatki”, siedzącymi cały dzień na tyłku piłując pazury, ewentualnie patologicznymi rodzicielkami rozwydrzonych “dżesik” i “brajanków” i chcącymi wszystko za darmo, nastawionymi na ‘dej’ posiadaczkami “horych curek”.

Jak urodziłam i połapałam się, jak wygląda podejście do matek, wpadłam w mocno nerwowy nastrój. Bałam się wychodzić na dłuższe spacery, bo w sytuacji gdy moja córka potrzebowała karmienia, panikowałam i nie wiedziałam co zrobić. Uciec? Schować się za krzakiem? Lecieć do domu? Wytłumaczyć noworodkowi, że teraz nie zje, bo mu nie wypada tak publicznie? Zamknąć się w ubikacji publicznej? 

No ale skoro zamierzałam podróżować i nie rezygnować z dotychczasowego stylu życia i pasji to raczej nie mogłam dać się ponieść tym lękom, co?

Polecieliśmy więc do USA

Było fajnie, ludzie reagowali na Lidię sympatycznie, wielokrotnie spotykałam mamy karmiące publicznie bez skrępowania. Nie przesadzę, jeśli powiem, że na każdym kroku wszyscy starali się nam pomagać (a było w czym: fotelik do samochodu dla bobasa, lek na katar, mleko..). Dodatkowo, słynna amerykańska perfekcyjna obsługa klienta zrobiła robotę.

Wróciłam do Polski zmieniając podejście na super spokojne i wyluzowane i… od razu spotkał mnie kubeł zimnej wody. Zostałam zalana krytyką, bo odważyłam się zapytać na lokalnej facebookowej grupie, czy znajdę w Krakowie taksówkarza posiadającego fotelik samochodowy. Dowiedziałam się, że:

“Taksówkarze nie mają obowiązku wozić fotelików.”

“Skoro mi nie pasuje, że nie ma fotelika to mam nie jeździć z dzieckiem taksówką, proste.”

“No oczywiście, każdy taksówkarz będzie zapychał sobie miejsce w bagażniku, bo się jeszcze jakaś matka trafi i zażąda fotelika.”

O zgrozo.

A potem była podróż do Brazylii

I mieszkanie w Brazylii całkowicie odmieniło moje podejście do dzieci w przestrzeni publicznej. W życiu nie czułam się tak dobrze, jak tam. Tak swobodnie. Fantastycznie!

(Wiem, że Brazylia ma swoje wady, że wcale nie jest bezpieczna, że ma ciężką sytuację ekonomiczną. Skupiam się dziś jednak tylko i wyłącznie na dzieciach.)

W Brazylii posiadanie potomstwa jest takie… naturalne. Skoro tyle osób ma dzieci to, na logikę, trzeba się na te dzieci przygotować. Przebywanie z nimi jest powszechnie akceptowane. Udogodnienia dla najmłodszych są oczywistą oczywistością, bo “skoro tyle osób przychodzi z dziećmi to przecież musi być u nas przewijak i jakiś placyk do zabawy, cokolwiek” powiedział mi właściciel malutkiej restauracji w jeszcze mniejszej mieścinie.

Podam Ci też kilka innych przykładów, dlaczego tak uwielbiam Brazylijskie podejście: 

-> Ludzie po prostu lubią dzieci. Uśmiechają się do dzieci. Cieszą się na ich widok. Zagadują, komplementują. Jeśli moja córka podejdzie do kogoś, nieważne czy w restauracji, czy gdziekolwiek indziej, zawsze spotyka się z ciepłą reakcją, chęcią kontaktu i szerokim uśmiechem. Dzieci są normalnymi, oczywistymi uczestnikami życia publicznego.

-> Brazylijczycy bez skrępowania wychodzą wieczorem coś zjeść (bardzo późno jedzą kolację). Więc jeśli wyjdziesz ok. 22:00 to musisz liczyć się z tym, że restauracje będą pełne rodzin z dziećmi i nikogo nie zainteresuje, że masz z tym problem. To dlatego (powtórzę jeszcze raz), że dzieci są normalnymi uczestnikami życia publicznego.

-> Wiele dużych restauracji idzie o krok dalej i tworzy pokój do zabawy dla dzieci. Może to być małpi gaj albo też zwykłe pomieszczenie wypełnione zabawkami, tv z bajkami, kredkami itd. I często w takim pokoju znajduje się opiekunka! Jeśli chcesz więc zjeść swój posiłek w spokoju, odstawiasz dziecko do pokoju zabaw i cieszysz się chwilą relaksu.

-> Naprawdę nikt nie ma problemu z tym, że dzieci się podczas jedzenia brudzą i brudzą otoczenie. Wywołuje to raczej uśmiech, niż obrzydzenie.

-> Ludzie chętnie wychodzą z domu wieczorami, często całą rodziną więc nikomu nie przyszłoby do głowy, aby radzić komuś, że ma z dzieckiem zostać w domu albo przyjść bez niego. 

-> Nawet w renomowanej, z wyglądu sztywnej i luksusowej klinice medycyny estetycznej, w której Paulo miał zabieg, nikt nie widział problemu z tym, że moja córka biega i zagląda do wszystkich kątów. Ludzie ciągle podchodzili i ją zagadywali, recepcjonistki starały się zorganizować jej czas.

Ten luz w ludziach jest fantastyczny. Fantastyczne jest to, że się nie spinają i nie traktują siebie jak świętych krów, które wszystkiego sobie nie życzą.

To właśnie ten wieczny “ja-sobie-nie-życzyzm” tak mnie w Polsce uwiera. 

Pamiętam też sytuację z Wiednia

Późnym wieczorem poszliśmy do knajpy słynącej z pysznych hamburgerów i mocno zaskoczyło mnie to, że w pełnej sali przy dwóch największych stolikach siedziały duże grupy ludzi z małymi dziećmi i jakby nigdy nic jadły, piły, spędzały miło czas.

W Wenecji byłam pod wielkim wrażeniem,

gdy po wejściu na tramwaj wodny z około 8miesięczną Lidką, starsze osoby z miejsca próbowały mnie usadzić, abym nie stała z dzieckiem w kołyszącym się pojeździe, po czym podchodziły i gratulowały pięknego bambino. W Polsce nawet bym się nie odważyła poprosić kogokolwiek o ustąpienie mi miejsca.

W jakimkolwiek samolocie?

Praktycznie wszystkie loty, w których uczestniczyłam (a było ich sporo) były wypełnione dzieciakami. I wiesz, co te dzieciaki robiły? Siedziały i bawiły się, oglądały filmy, spały. Jeśli płakały podczas startu, to było to dla wszystkich oczywiste, że powodował to ból uszu i trzeba ten start przeczekać. Pamiętam jedną jedyną sytuację, w której małe dziecko mocno płakało podczas lotu, ale powodowało to raczej współczucie i chęć pomocy ze strony współpasażerów i załogi niż pretensje.

Zupełnie nie mogę zrozumieć skąd się biorą te wszystkie zatrważające historie na internetowych forach. Wynika z nich, że każdy Polak, który kiedykolwiek leciał gdzieś samolotem, przeżywał gehennę i katorgę, bo zawsze, ale to zawsze trafiał na te okropne, rozkrzyczane, kopiące w fotele bachory. Co za pech!

I ja sama nie świruję na widok dzieci 

Nigdy nie świrowałam. Nawet, gdy byłam bezdzietna. Gdy pracowałam w Turcji jako rezydentka turystyczna, nigdy nie dziwiło mnie, że na wakacje przylatują ludzie z niemowlakami i małymi dziećmi. Ludzie z niemowlakami także potrzebują wakacji, do ciężkiej cholery! Wręcz przeciwnie, zawsze starałam się takie rodziny komfortowo usadzić w autokarach i pomóc im ogarnąć nową sytuację.

Nigdy nie skupiałam uwagi na matkach karmiących w przestrzeni publicznej. Bo przecież to normalne, że muszą nakarmić dziecko, nie? Tak samo, jak nie skupiam uwagi na wielkich reklamowych szmatach z modelkami w miniaturowych bikini. Są i już, ot co.

Mam więc do Ciebie gorącą prośbę, oburzony człowieku 

Skończ się bulwersować jakie te matki są okropne i bezczelne, że chcą żyć, oddychać, karmić i robić to, co robiły przed macierzyństwem. Okaż empatię. Postaraj się im pomóc chociaż trochę. Pomyśl sobie, że i tak już wystarczająco się stresują tym, że są gdzieś z małym dzieckiem, które jest jak tykająca bomba i nie wiadomo kiedy znowu wybuchnie.

Naprawdę, w znakomitej większości nie robią z siebie roszczeniowych świętych krów. Po prostu chcą żyć, funkcjonować w społeczeństwie i nie być ciągle spychane na margines.


Karolina

karolina.valim

Moją pierwszą firmę założyłam w wieku 24 lat, a w kursach online rozsmakowałam się chwilę później. Buduję, rozwijam, planuję kursy oraz inne produkty cyfrowe w...Brazylii. A obecnie również w Polsce. Moje top 3: kawa, kawa i jeszcze raz kawa.
  1. Kasia left a comment on August 9, 2018 at 8:00 pm

    Pamiętam moje zaskoczenie przez pierwsze miesiące w Brazylii, kiedy kobiety nieskrępowanie w różnych miejscach i sytuacjach wyciągały cyca, czasem tylko przejmując się zakrywaniem się w jakikolwiek sposób i karmiły. Dziecko mam, dziecko głodne, cyca mam, to daję, żadna filozofia. Zaskoczenie oczywiście pozytywne, że jest tak, jak piszesz- obecność dzieci i wszelkie związane z tym procedury typu karmienie i przewijanie są naturalne. Wszędzie pełno dzieci i nikt nie płacze z tego powodu.

    Wiadomo, wszędzie spotkasz “maDki” i “brajany”, ale stosunek ludzi do dzieci jest tutaj zupełnie inny. Brazylijczycy w ogóle są znacznie bardziej “stadni” niż Polacy. Zarówno na ulicy, ze znajomymi, jak i w samej rodzinie. I za to ich lubię 🙂 Choć czasami ich podejście i zżycie to dla mnie aż za wiele…

    Jedna rzecz, w której Polska wygrywa, to długość urlopu macierzyńskiego. Brazylia daje tylko 5 albo 6 miesięcy. Ja jeszcze nie mam dzieci, ale jak przyjdzie co do czego, to trochę sobie nie wyobrażam takiego bobasa 6-miesięcznego podrzucać do żłobka, który swoją drogą może kosztować więcej niż zarobię, ot urok Brazylii.

    Rozpisałam się… I po raz kolejny zastrzegam, że jestem bezdzietna, więc może kiedyś mi się odmieni zdanie, bo może np. Sama nie będę czuć się komfortowo z cycem wystawionym publicznie. Ale nawet bez dzieci mogę stwierdzić, że są pewne zachowania i reakcje wobec dzieci i ludźmi z dziećmi, które uważam za fajne albo nie.

Leave a Comment

Your email address will not be published. Required fields are marked *

%d bloggers like this: